Po pół roku

Mieszkania tu, gdzie mieszkam, uznałam, że czas się zorganizować. Potrzebuję kilku rzeczy do kuchni, przede wszystkim do organizacji i porządkowania, typu nowe słoiczki na przyprawy. INNEGO mopa. Deski do prasowania. Nowych poduszek na kanapę i koca - nie wiem, jakim cudem te stare się jeszcze nie rozpadły, skoro są ciągle prane, ale przeżyły już swoje.

Niezbyt dobrze się to ma do low buy yeara, ale też nie zamierzam przesadzać. Nie są to absurdalne gadżety. 

Pozbyłam się za to niektórych durnostojek: prawie wypalonych świeczek, mało ładnych wytworów, które zrobiłam na ceramice. Nie ma we mnie wcale sentymentów.

Pierwszy weekend, który spędzamy we trójkę, a właściwie w piatkę, bo są z nami jeszcze pieski. Robiliśmy już różne rzeczy. Teraz Młoda czeka, aż wystygną ciasteczka i montuje filmik z przepisem na nie (którego nigdzie nie umieści). M. ćwiczy jogę. Ja szukam książek do fuszki. Jeszcze 2-3 i będę porządkowała zgromadzone materiały i próbowała coś z nich sklecić. 

Jednak biorąc pod uwagę liczne plany... Nie umiem ocenić, czy czas tak gwałtownie przyspieszył, czy faktycznie tyle się u mnie dzieje.

Jutro odwiedza mnie jedna z ulubionych vitalijek.

W pierwszym tygodniu lutego mam pojechać z M. do jego rodziny.

W drugim jestem z Młodą na Malcie.

W trzecim i czwartym na Azorach z M, mam urodziny i idę z Młodą na Cavaliadę.

W marcu mamy zamiar odpalić szklarnię, przyjeżdża moja siostra, jedziemy do Milicza, M. przebąkuje coś o Palermo.

Do tego czasu muszę zrobić dwie duże redakcje i jedno tłumaczenie. I kontent do fuszki. Na razie zrobiłam tylko 3/4 mniejszej redakcji i jakieś 10 stron tłumaczenia książki. Kontent - to wielka niewiadoma. 

Nie wiem, gdzie w tym wszystkim znaleźć czas na życie towarzystkie i przeprowadzkę M.

Na pewno muszę znaleźć czas na regularne ćwiczenia.

Do tego oczywiście normalne życie, Młoda, pomoc rodzicom. Doba jest za krótka.

Comments

Popular posts from this blog

Low spend forever